Trzeźwa higiena - Fragment książki "Co ćpać po odwyku", Jakub Żulczyk, Juliusz Strachota

Strachota Zabrzmi to jak herezja, ale ciężko mi z pełną powagą po tych nastu
latach zajmować się trzeźwością w rozumieniu takim, że nieustannie zagraża mi
alkohol. „Trzeźwe życie” jest jednak dobrym określeniem życia, które chcę
prowadzić. No i tu mam zestaw różnych rzeczy, które mi w tym pomagają. W tym
roku wprowadziłem na przykład wielkie zmiany, które sprawiają, że z pewnym
pobłażaniem patrzę na swoją dotychczasową ścieżkę duchową. Bo, kurwa, jaki debil
przez lata medytuje, a nie suplementuje kwasów omega-3 czy witaminy D. No ja.
Mimo to medytacja to moje pierwsze i podstawowe narzędzie kontaktu z tym, co
naprawdę jest. A co do tych kwasów omega-3, to jakiś czas temu musiałem zrobić
rewizję swojego postępowania, bo ciągle byłem zmęczony i czułem się chory.
Wprowadziłem ileś zmian i efekty przyszły bardzo szybko. Takie rewizje swojego
postępowania to też jest dla mnie trzeźwe życie. Bo przecież co chwilę ląduję w
jakichś koleinach.


Żulczyk Kurczę, jakiś wiarus z AA mógłby ci teraz wytknąć pychę. Bo alkohol grozi
ci zawsze i wszędzie! Mało to było takich historii, że komuś gacie pękły po
dwudziestu pięciu latach, bo akurat przechodził obok monopolowego i flaszkę kupił,
jak szedł na imieniny do brata? A pamiętasz historię wybitnego aktora Philipa
Seymoura Hoffmana? Zaćpał się heroiną po dwudziestu latach abstynencji, co
więcej, miał skitraną tę heroinę przez dwadzieścia lat, policjanci rozpoznali na
samarze znaczek asa pik, popularny w latach dziewięćdziesiątych. Okropne, co nie?
Zawsze musisz być czujny, nie znasz, kurwa, dnia ani godziny!
A ja myślę, że jest alternatywa dla tej czujności, dla tego ciąg­łego lęku,
rozkminiania, czy ja się przypadkiem gdzieś nie odpalę, nie najebię, zwłaszcza w tej
Trudnej Sytuacji, która na pewno się prędzej czy później wydarzy.
Tą alternatywą jest oczywiście medytacja, o której mówisz, czyli zderzanie się z
samym sobą w wersji sauté. Do tego robota nad sobą, analizowanie tego, skąd się
wziął ten mój ból, bycie w nim, patrzenie mu w oczy. Dalej: ersatze używek,
działania, które mają cię uspokoić, wyciszyć, zbić ci kortyzol. Gdy zaczyna mi
odpieprzać, gdy zaczynam się bać, to idę na trening albo piekę się w saunie. Albo na
pół godziny kładę się na macie z kolcami, z relaksującą muzyką w uszach. Od razu
jest mi lepiej – dopamina, oksytocyna, kot na kolanach, zero potrzeb.
Na koniec, oczywiście, potrzebne jest samo zrozumienie mechanizmu uzależnienia:
że ja latam z wywieszonym ozorem za ulgą, czymkolwiek ta ulga jest.
Wszystko to wydaje mi się nawet ważniejsze niż ten mityczny HALT, który oczywiście
też jest ważny.


Strachota Ta pycha, którą, jak twierdzisz, wytknąłby mi wiarus z AA, to po prostu
dobre nawyki. To tak jak z jeżdżeniem samochodem: na początku myślałem o
każdym ruchu, spojrzeniu, antycypowałem zmianę biegu, a po dość krótkim czasie zauważyłem, że to wszystko odbywa się w tle. I nie znaczy, że wynika z tego jakiś
problem, że to jest zepchnięte do pewnego automatyzmu. Więc jaka pycha, stary
wiarusie, jak ja od dwunastu lat nie chodzę na imprezy, nie zadaję się z czynnymi
alkoholikami, ruguję ich z życia, jak się da, śpię prawie osiem godzin, medytuję, jem
regularnie i tak dalej. Tu nic się nie poluzowało przez lata.
A że nie znam dnia ani godziny, to oczywiście racja, ale dotyczy to w równym stopniu
uzależnienia i przechodzenia przez ulicę. Trzeba uważać, jasne. A czy jak ktoś mi
nagle umrze albo dostanę raka, to mnie nie przeciągnie na tamtą stronę? No, stary
wiarusie z AA: kurwa, nie wiem.
Nie od rzeczy zresztą w AA jest program dwudziestu czterech godzin – polegający
na skupieniu się na obecnym dniu abstynencji, bez myślenia o przyszłości lub
przeszłości; o tym zresztą napisał nasz wspaniały Łukasz Tchórzewski, autor książki
Nie pij dziś! Higiena zawsze dotyczy bieżącego dnia.
Natomiast co do medytacji: ostatnio mam taką obserwację, że bez HALT-u i paru
innych rzeczy to właśnie ona bywa ucieczką. Może być relaksem. Może dawać
wgląd. Może cię przywracać do tu i teraz. Ale medytacja, tak jak ja ją rozumiem, to
tylko wycinek pewnego programu. W AA jest dwanaście kroków. W buddyzmie
osiem. Medytacja to tylko jeden z nich.
Myślę, że na każdego działa coś innego, ale bez pewnej dozy swobody, luzu
skazujemy się na nieustanne poczucie zagrożenia.


Żulczyk A to nieustanne poczucie zagrożenia wprowadza cię w ciągłe napięcie, a
na ciągłe napięcie to najlepiej iść się najebać albo wszamać xana, prawda?
Ja się z tobą w pełni zgadzam, tylko chciałem zauważyć, że możemy mówić w
podcastach i pisać w tej książce różne rzeczy, które będą odebrane jako herezje.
No bo jak to będzie odebrane – Jezu, mnie alkohol już nie grozi?
Tak, bo mnie nie grozi alkohol. Mnie grozi mój lęk przed własnymi emocjami. Mnie
grozi moja niegotowość na prawdę, nieakceptowanie natury życia. Mnie grożą moje
emocjonalne koleiny, które łatwo mogą wepchnąć mnie na błędny tor pod tytułem „o
ja bidny maluśny, jak ten Jezusek w żłóbeczku”. W anglo­saskim AA mają to świetne
powiedzonko: „Poor me, poor me, pour me a drink”.
Nie pamiętam kto, chyba jakaś polska aktorka ze starszej generacji zapytana o
receptę na udane, wieloletnie małżeństwo odpowiedziała: „Dobrze jest czasami
popatrzeć w lustro i powiedzieć do siebie: kurwa, ciebie też na loterii nie wygrali”. Ja
bym dodał: i podać sobie przy tym rękę. Powiedzieć: tak, zestarzejesz się, umrzesz,
wszystko minie, ale gdzieś tam w środku jesteś miłością. A teraz bierz torbę i idź na
trening, ty leniwa kurwo.
PS Kocham cię, leniwa kurwo.

Strachota Nazywanie siebie kurwą jako element trzeźwej higieny, to mi bardzo
pasuje. Kupuję to. Część rzeczy wynosi się z terapii, część odnajduje się samemu. I
trzeba je świadomie powtarzać. Trenować uwagę. W tym uwagę na to, że się
zapomniałeś i znasz objawy tego, że się zapomniałeś.


Żulczyk Ta kurwa to był taki pieszczotliwy żart. Bo tak naprawdę nie można siebie
brzydko nazywać. Mike Tyson powiedział w swoim podcaście: „Nie wyzywaj samego
siebie, mózg nie wie, że żartujesz”. To ma być pieszczotliwe, tak jak dla jaj wyzywa
się najlepszego kumpla, gdy obaj pękacie ze śmiechu.
Miej dla siebie jakąś łaskę. Bo często ludzie po leczeniu nagle dostają takiej czapki,
że muszą wszystko robić perfekcyjnie, na medal. Poddają się wewnętrznemu
terrorowi motywowani lękiem, że zaraz zapiją, zaćpają, zagrają, że się odpalą.
Znowu: odpierdol się od siebie, jak gadał Osiatyński.
Lubienie siebie – to jest absolutna podstawa prawdziwej trzeźwej higieny.


Strachota Z trudem to przyznam, ale ja lubię siebie. Mimo to uprawiam taką
pokazową niełaskę – lubię się powyzywać, nazwać pojebanym. Wtedy wszyscy
zlatują się, żeby mi to pojebanie odebrać. Tylko jak mówię, że jestem pojebany, to
mam na myśli to, że jestem geniuszem. I tylko ja to rozumiem, bo to ja jestem
geniuszem.
Bo tak realnie to mam dla siebie trochę pobłażliwości. Dla tego, że spierdolę sos
pieczarkowy. I dla tego, że w sekundę zapominam, o co mnie żona poprosiła. I dla
tego, że wciąż mam w sobie dużo napięcia. Do higieny trzeźwej zaliczam to, że mi
wolno być spiętym. Mam z tym luz.


Żulczyk Wolno ci być spiętym, bo jesteś geniuszem, jak każdy!
Ogólnie ci wolno. Wolno ci czuć głód. Wolno ci mieć nawrót. Wolno ci się złamać.
Wolno ci zrobić coś niemądrego. Powiem teraz największą herezję – ej, wolno ci
nawet zapić i zaćpać. Nie musisz tego robić. Masz te dwadzieścia cztery godziny
przed sobą, i lepiej, abyś bez względu na okoliczności przeżył je na trzeźwo. Ale,
kurwa, wolno ci! I to nie będzie koniec świata, to nie będzie tragedia, nie zaczniesz
od zera, bo już jesteś w procesie, bo byłeś we wspólnocie, bo masz narzędzia. Mało
tego – będziesz okej, nieważne, co się stanie. Jesteś okej, bo się urodziłeś.
Życie jest jedno, krótkie, kończy się najprawdopodobniej zgaszeniem światła.
Najgorsze, co można robić, to w siebie walić na odlew, zmuszać się do wszystkiego.
Nikt nie wystawi nam nigdy dobrej oceny. Oprócz tych, którzy nas pokochali, wszyscy
mają nas w dupie.
To jest podstawa trzeźwej higieny. Dystans. Poczucie własnej sprawczości.
Akceptacja siebie. Zdrowe jedzenie, nawadnianie się, sen, sport – one przychodzą
później. Bo bez dystansu i sympatii do siebie zajebiemy się tymi treningami i
rutynami tak, jak zajebaliśmy się alkoholem.

(Jakub Żulczyk, Juliusz Strachota, Co ćpać po odwyku, NEWHOMERS, Warszawa
2025, s. 61–66)